Ciekawe, co dobrego wydarzy się jutro – historia Ceramika i Drewno

Na dworze było około piętnastu stopni mrozu, a w blaszanym garażu, w którym wtedy pracowałem, niewiele więcej. Pod nogami miałem kawałek styropianu, który nie służył wygodzie, lecz miał mnie choć trochę odizolować od lodowatej podłogi. Światło było słabe, w powietrzu unosił się pył, ręce grabiały z zimna, a ja stałem przy kawałku drewna i frezowałem.

Dzisiaj ten obraz wraca do mnie szczególnie wtedy, kiedy zaczynam narzekać, że w pracowni jest za ciasno, że przydałoby się więcej miejsca albo że coś można byłoby urządzić wygodniej. Wtedy przypominam sobie tamten garaż, mróz i styropian pod nogami. Perspektywa natychmiast się zmienia, bo naprawdę niewygodnie było wtedy, a mimo to nawet przez chwilę nie miałem poczucia, że powinienem przestać. Przeciwnie – chciałem robić dalej, choć jeszcze zupełnie nie wiedziałem, dokąd mnie ta droga zaprowadzi.

Być może jednak historia Ceramiki i Drewna nie zaczęła się wcale w tamtym garażu. Być może trzeba cofnąć się o wiele lat wcześniej.

Drewno było gdzieś od początku

Mój tata bardzo lubił pracować w drewnie. Nie był zawodowym rzeźbiarzem ani stolarzem, robił to amatorsko, ale jako dziecko nie patrzyłem przecież na jego pracę przez pryzmat kwalifikacji czy fachowych nazw. Widziałem po prostu, że z kawałka drewna potrafił zrobić ptaka, czasami z rozkładanymi skrzydłami, czasami siedzącego na gałęzi. Później pojawiały się rzeźby i płaskorzeźby.

Kolorowa płaskorzeźba z drewna wykonana przez mojego tatę

Część z tych rzeczy w trudniejszych czasach tata sprzedał, kilka nadal mam i coraz częściej myślę, że powinienem je odszukać i pokazać. Dopiero dzisiaj zaczynam dostrzegać, że są one również fragmentem mojej własnej historii.

Moja siostra studiowała snycerstwo, ja od zawsze lubiłem narzędzia, naprawianie, przerabianie i wymyślanie własnych rozwiązań. Można więc powiedzieć, że drewno było w naszej rodzinie obecne od dawna i chyba wszyscy trochę tę fascynację przejęliśmy od taty.

Przez lata robiłem różne rzeczy, między innymi meble i zabudowy z płyt meblowych. Dobrze pamiętam jednak znacznie prostsze przedmioty, przy których po raz pierwszy pojawiła się inna satysfakcja – ta związana nie tyle z wykonaniem czegoś potrzebnego, ile ze stworzeniem czegoś od początku własnymi rękami.

Jedną z takich rzeczy była drewniana miseczka, którą zrobiłem w 2022 roku. Była jedną z moich pierwszych prawdziwych „dłubanek” w drewnie. Nie była idealna, nie miałem jeszcze dzisiejszego doświadczenia ani sposobu pracy, ale do dziś stoi u mnie w domu i nadal z niej korzystamy.

To jest chyba jedna z rzeczy, które w tworzeniu fascynują mnie najbardziej. Najpierw coś istnieje wyłącznie w głowie, a później można to naprawdę wziąć do ręki.

Drewniane naczynie z pomidorami i kolorowe miseczki ceramiczne

Drewno idealnie się do tego nadaje, bo nigdy nie jest całkowicie przewidywalne. Można położyć obok siebie dwa kawałki tego samego gatunku i każdy będzie miał inne usłojenie, odcień, sęk albo nierówność. Z czasem nauczyłem się, że nie zawsze warto z tym walczyć. Czasami lepiej zobaczyć, co samo drewno podpowiada.

Szczególnie dobrze widać to przy drewnie oliwnym. Kiedy trafia do mnie nieregularny kawałek, nie zaczynam od pytania, jak zrobić z niego idealny prostokąt. Zastanawiam się raczej, jak wykorzystać jego naturalny kształt, gdzie poprowadzić linię i co zostawić, żeby niepotrzebnie nie wyrzucać materiału.

To, co w produkcji seryjnej mogłoby zostać potraktowane jako wada, w rękodziele bardzo często staje się właśnie tym elementem, który nadaje przedmiotowi charakter.

Kiedy drewno spotkało ceramikę

Nie pamiętam jednego konkretnego momentu, w którym świadomie postanowiłem, że od teraz będę łączył drewno z ceramiką. To wydarzyło się znacznie bardziej naturalnie.

Pracowałem już z drewnem, ceramika również wydawała mi się materiałem trwałym, naturalnym i bardzo ciekawym wizualnie, aż w pewnym momencie te dwa światy po prostu zaczęły się ze sobą spotykać.

Do dzisiaj trudno mi powiedzieć, skąd dokładnie wzięła się ta myśl. Być może był to przypadek, być może intuicja, a być może, jak czasem mówię, jakaś iskra czy dar od Boga.

Później pojawiła się żywica epoksydowa i dopiero wtedy poczułem, że zaczyna tworzyć się coś naprawdę własnego. Żywica nie tylko scalała ceramikę z drewnem i zabezpieczała całość, ale dawała możliwość wprowadzenia dodatkowego koloru i podkreślenia obu materiałów.

Kolaż pierwszych desek łączących drewno z ozdobnymi płytkami ceramicznymi

Oczywiście twórca może być zachwycony własnym pomysłem bardzo długo. Prawdziwy test zaczyna się dopiero wtedy, kiedy pokaże go ludziom, którzy nie mają żadnego powodu, żeby być dla niego pobłażliwi. Człowiek patrzy i albo przechodzi dalej, albo zatrzymuje się.

W moim przypadku ludzie zaczęli się zatrzymywać.

Do drewna i ceramiki bardzo szybko doszedł kolor, a tutaj szczególną rolę odegrała Talavera. Wychowywałem się w świecie znacznie bardziej stonowanym. Dużo szarości, bezpiecznych kolorów, rzeczy raczej nierzucających się w oczy. Sam przez wiele lat też taki byłem.

A później pojawiły się kolory Meksyku. Czerwienie, żółcie, błękity, zielenie i wzory, które wcale nie próbują być dyskretne. Talavera była dokładnym przeciwieństwem świata, w którym dorastałem, i chyba właśnie dlatego tak mocno mnie przyciągnęła.

Z czasem zaczęły dochodzić kolejne inspiracje: azulejos, mikromozaiki, spokojniejsze zestawienia czerni i bieli, szkło, kamień, wzory loftowe czy śródziemnomorskie. Jedna rzecz zaczęła prowadzić do następnej, a każdy nowy materiał czy wzór otwierał kolejne możliwości.

Jednocześnie od początku miałem pewien problem z przedmiotami, które są wyłącznie dekoracyjne. Jestem praktykiem. Lubię rzeczy piękne, ale po chwili zaczynam się zastanawiać, do czego jeszcze mogą służyć.

Dlatego deska była dla mnie naturalną formą. Może być dekoracją, może cieszyć oko, ale jednocześnie można jej normalnie używać. Może stać się częścią stołu, spotkania z rodziną czy zwykłego codziennego posiłku.

Co ciekawe, część klientów później boi się tych desek używać i stawia je wyłącznie jako dekorację. Trochę mnie to bawi, bo przecież robię przedmiot użytkowy, ale jednocześnie odbieram to jako duży komplement.

Dla mnie ideałem nadal pozostaje sytuacja, kiedy piękno i funkcjonalność spotykają się w jednym przedmiocie.

Dwa etaty i moment decyzji

Przez długi czas wszystko to pozostawało dodatkiem do normalnej pracy. Miałem etat, po ośmiu godzinach wracałem do domu, jadłem coś i zaczynałem właściwie drugi dzień pracy.

Najpierw była piwnica, później garaż, a w końcu pracownia. Obrabiałem drewno, szlifowałem, frezowałem, pracowałem z ceramiką i żywicą. Kiedy kończyła się praca rękami, zaczynała się kolejna przy komputerze: zdjęcia, opisy, internet, sprzedaż i kontakt z klientami.

Przez mniej więcej rok funkcjonowałem właściwie na dwóch etatach.

Na początku człowieka niesie energia. Pojawia się pierwsze zamówienie, ktoś napisze coś miłego, ktoś kupi i natychmiast dostaje się dodatkową siłę. Tyle że doba nadal ma dwadzieścia cztery godziny i w pewnej chwili trzeba sobie zadać pytanie, jak długo można tak funkcjonować.

Wtedy pojawiła się myśl, która później miała duże znaczenie: skoro osiem godzin dziennie poświęcam pracy dla kogoś innego, a kolejne godziny oddaję czemuś, co naprawdę mnie rozwija, daje satysfakcję i zaczyna przynosić pieniądze, to być może warto kiedyś te proporcje odwrócić.

Nie mogłem jednak oprzeć takiej decyzji wyłącznie na własnym przekonaniu. Potrzebowałem potwierdzenia od ludzi, którzy mnie nie znali i nie mieli żadnego powodu, żeby mówić mi to, co chciałem usłyszeć.

Tutaj ogromną rolę odegrały targi.

Na początku jeździłem właściwie wszędzie. Nie wiedziałem jeszcze, które wydarzenia mają sens, które przyciągają odpowiednią publiczność ani czego powinienem oczekiwać. Jedne wyjazdy były dobre, inne bardzo słabe.

Jedne targi pamiętam jednak szczególnie – „Jedyne w Swoim Rodzaju” w MCK w Katowicach. Mieliśmy wtedy z żoną narożne stoisko i w pewnym momencie zaczęło się dziać coś, czego wcześniej na taką skalę nie doświadczyłem.

Adam przy stoisku Ceramika i Drewno na targach rękodzieła

Ludzie przychodzili, oglądali, pytali, wybierali i kupowali. W pewnej chwili ruch był tak duży, że poczułem się trochę jak sprzedawca w sklepie spożywczym przed świętami. Jedna osoba pytała, druga chciała już zapłacić, kolejna oglądała inną deskę, ja rozmawiałem z kimś po jednej stronie stoiska, a żona obsługiwała następną osobę.

I właśnie wtedy pojawiła się bardzo prosta myśl: to nie jest przypadek.

Ci ludzie mnie nie znali. Nie kupowali z grzeczności ani po to, żeby zrobić mi przyjemność. Po prostu podobało im się to, co robiłem, i byli gotowi za to zapłacić.

To było potwierdzenie nie tylko finansowe, ale przede wszystkim psychologiczne. Czasami człowiek potrzebuje pozwolenia samemu sobie, żeby naprawdę uwierzyć, że jego pomysł ma wartość.

Później przyszła rozmowa z żoną i decyzja, żeby spróbować oprzeć życie już nie na połączeniu etatu z pasją, ale na własnej działalności.

Rzemiosło uczy cierpliwości

Jednoosobowa firma daje bardzo dużo wolności, ale wystawia za tę wolność rachunek w postaci odpowiedzialności.

Jeżeli podejmę złą decyzję, jest moja. Jeżeli źle wydam pieniądze na reklamę, są to moje pieniądze. Jeżeli wymyślę produkt, którego nikt nie chce, nie mam działu sprzedaży, na który mogę zrzucić winę.

Z czasem nauczyłem się, że nie wszystko musi się udać. Czasami dużo energii idzie, jak mówię, w gwizdek. Nie każdy pomysł daje wynik, a rzeczy, które świetnie sprawdzają się u innych, w moim przypadku mogą nie zadziałać wcale.

Podobnie jest w samym rzemiośle.

Dzisiaj wiele rzeczy wykonuję niemal automatycznie. Wiem, kiedy szlifować, kiedy opalać, kiedy drewno powinno odpocząć i kiedy można przejść do następnego olejowania. Czasami sam się zastanawiam, skąd właściwie to wszystko wiem, ale odpowiedź jest prosta: wiem dlatego, że wcześniej wiele razy zrobiłem coś inaczej i efekt był gorszy.

Adam pracuje nad deską z niebieską ceramiką w pracowni

To, co dzisiaj wygląda jak intuicja, jest w rzeczywistości doświadczeniem zbudowanym na setkach drobnych prób.

Jednym z najbardziej satysfakcjonujących momentów jest dla mnie drugie olejowanie. Wcześniej mam już pewne wyobrażenie o tym, jak drewno będzie wyglądało, ale dopiero wtedy naprawdę odsłania ono swoje kolory. Olej wydobywa usłojenie, pogłębia barwę i sprawia, że powierzchnia zaczyna żyć.

To jest takie moje małe „czary-mary”.

Czasem przeciągam olejem i od razu wiem, że właśnie o taki efekt mi chodziło. Innym razem widzę, że coś jeszcze trzeba poprawić.

Dlatego techniczne zakończenie pracy nie oznacza dla mnie, że przedmiot jest gotowy. Na końcu biorę go do ręki, oglądam z każdej strony i sprawdzam, czy jeszcze coś mnie drażni. Dopiero kiedy nie mam już potrzeby niczego poprawiać, wiem, że może trafić do klienta.

Oczywiście bywają też chwile, kiedy człowiek najchętniej cofnąłby czas o kilka minut.

Jedną z takich historii była duża obrotowa patera z ceramiką i czerwoną żywicą. Wszystko zapowiadało się dobrze, dopóki nie okazało się, że zrobiłem najbardziej banalny błąd z możliwych – nie dodałem do żywicy utwardzacza.

Okrągła patera z mozaiką i wypływającą czerwoną żywicą

Mijał czas, a żywica nadal była płynna. W końcu zaczęła wypływać, a ponieważ była czerwona, wyglądało to tak, jakby deska dosłownie krwawiła. Nagrałem nawet wtedy film i mówiłem, że krwawi deska, choć prawdę mówiąc, trochę krwawiło też moje serce.

Później było usuwanie, czyszczenie, poprawianie i ponowne wykonanie części pracy. Ostatecznie patera wyszła bardzo dobrze, a klient do dzisiaj do mnie wraca.

Rzemiosło nie polega na tym, żeby nigdy nie popełnić błędu. Znacznie ważniejsze jest to, co człowiek zrobi, kiedy błąd już się wydarzy.

Najważniejszy moment czasem przychodzi dopiero u klienta

Najważniejsze chwile tej pracy nie zawsze mają miejsce w pracowni.

Na targach bardzo lubię obserwować ludzi, którzy przechodzą obok stoiska i nagle coś przykuwa ich uwagę. Ktoś idzie, rozmawia, patrzy przed siebie, po czym zatrzymuje się, cofa o krok i zaczyna przyglądać się desce.

To trwa sekundę, ale jest niezwykle szczere. Taka osoba jeszcze nie jest klientem, nie musi niczego mówić i często nawet nie wie, że ją obserwuję. Po prostu coś ją zatrzymało.

Jedną z najmocniejszych reakcji dostałem jednak nie na żywo.

Ktoś zamówił u mnie deskę jako prezent dla młodego małżeństwa z okazji pierwszej rocznicy ślubu. Później dostałem film nagrany w chwili wręczania prezentu. Nie był to materiał reklamowy ani ustawiona scena, tylko zwykły rodzinny moment.

Obdarowani oglądali kolejne detale i co chwilę było słychać: „zobacz tutaj”, „spójrz na to”, „a tutaj jeszcze kaboszon”. Była w tym całkowicie naturalna radość.

Do dzisiaj, kiedy o tym opowiadam, mam ciarki, bo wtedy bardzo mocno dotarło do mnie, że nie sprzedałem tylko kawałka drewna z ceramiką. Zrobiłem przedmiot, który wszedł w czyjąś historię.

Była pierwsza rocznica, był prezent, były emocje i została pamiątka. Być może po latach nikt nie będzie pamiętał ceny tej deski ani czasu potrzebnego na jej wykonanie, ale nadal będą pamiętać, z jakiej okazji ją dostali.

I dla mnie właśnie wtedy zwykła sprzedaż zaczyna znaczyć coś więcej.

Co dalej?

Z czasem zmienił się również sposób, w jaki docieram do ludzi. Kiedyś ogromną rolę odgrywały targi, dzisiaj większość sprzedaży odbywa się przez internet. Dzięki temu nie muszę co weekend pakować samochodu i ruszać na kolejne wydarzenie.

Sam sklep internetowy początkowo miał być tylko wygodnym narzędziem i wizytówką. Dzisiaj jest jednym z głównych filarów działalności.

Zmieniło się również moje podejście do pracy. Przez długi czas chciałem robić wszystko sam. Zdjęcia, sklep, marketing, media społecznościowe, logistykę i oczywiście same wyroby.

Z czasem zrozumiałem, że nie da się być jednocześnie najlepszym rzemieślnikiem, fotografem, grafikiem, specjalistą od reklam i techniki. Coraz częściej zadaję sobie więc inne pytanie: co naprawdę powinienem robić właśnie ja?

Odpowiedź jest coraz prostsza.

Tworzyć.

Nie chciałbym dojść do momentu, w którym Ceramika i Drewno stanie się tylko linią produkcyjną. Oczywiście dzisiaj pracuję szybciej, mam własny rytm i sprawdzone sposoby działania. Czasem nawet żartuję, że mam produkcję taśmową, tylko że ta taśma nadal składa się głównie z moich dwóch rąk.

I chciałbym, żeby w najważniejszym sensie właśnie tak zostało.

Nie chcę, żeby moje wyroby stały się tylko produktami. Chcę, żeby pozostały rzemiosłem.

Adam frezuje drewno przy stole roboczym w pracowni

Mam nadal więcej pomysłów niż czasu. Myślę o własnej ceramice, o nowych formach, obrotowych paterach, ale również o połączeniu drewna z nowoczesną technologią. Na pierwszy rzut oka te światy mogą do siebie nie pasować, ale właśnie dlatego takie zestawienie wydaje mi się interesujące.

Są też rzeczy, które chciałbym zrobić poza zwykłym biznesem, między innymi działania charytatywne. Nie wszystko musi przecież kończyć się pytaniem, ile na tym zarobiłem. Czasem równie ważne jest pytanie, co dobrego z tego wynikło.

Gdybym dzisiaj mógł spotkać siebie z czasów blaszanego garażu, chyba nie udzielałbym mu wielu rad. Powiedziałbym tylko, żeby był cierpliwy.

Nie wszystko musi wydarzyć się od razu. Nie każdy błąd jest katastrofą, nie każdy słabszy miesiąc oznacza, że droga była pomyłką i nie każdy pomysł, który od razu nie przynosi rezultatu, jest zły.

Są rzeczy, których nie można przyspieszyć. Drewno musi przyjąć olej, żywica musi się utwardzić – oczywiście pod warunkiem, że pamięta się o utwardzaczu – a firma i sam człowiek również potrzebują czasu.

A kiedy następnego dnia znowu wchodzę do pracowni, nadal najbardziej pociąga mnie ciekawość. Nie wiem, czy pojawi się nowy pomysł, nietypowe zamówienie, czy coś się uda, czy coś trzeba będzie poprawić. Nie wiem też, czy rzecz, którą dzisiaj traktuję jak niewielką próbę, za rok nie okaże się początkiem zupełnie nowego kierunku.

I chyba właśnie dlatego nadal mnie to interesuje.

Bo kiedy rano otwieram pracownię, nadal jestem ciekawy, co dobrego wydarzy się dzisiaj.


To dopiero część tej historii. W niedzielnym cyklu „Historie z pracowni” będę wracał do pojedynczych momentów, ludzi, przedmiotów i sytuacji, które doprowadziły Ceramikę i Drewno do miejsca, w którym jest dzisiaj.