Z pracowni

Piątek, godzina 14:00. Od tego momentu nic nie jest już pewne.

Kiedy odwiedzacie mnie na targach, widzicie gotowe stoisko. Deski, misy, ceramikę, światła, banery i mnie, gotowego do rozmowy.

Mało kto zastanawia się, co wydarzyło się wcześniej.

A wcześniej są tygodnie decyzji, przygotowań i jedna wielka niewiadoma.


Jest piątek, około czternastej.

W pracowni jeszcze wszystko żyje. Na stole leżą nowe magnesy i podkładki, które przygotowałem na najbliższy wyjazd. Obok czekają deski, misy, stojaki i skrzynki. Samochód stoi otwarty, a ja zaczynam pakowanie.

I choć robię to już od kilku lat, przed każdym wyjazdem mam tę samą myśl.

Czy na pewno zabrałem wszystko?

Nie mam listy kontrolnej.

Mam swój rytm.

Najpierw wybieram deski i miski.

Nie zabieram wszystkiego. To byłoby niemożliwe i bezsensowne bo wszystko trzeba kilkakrotnie przenieść.

Każdy wyjazd jest inny. W jednym miejscu większym zainteresowaniem cieszą się jedne wzory, w innym zupełnie inne. Staram się zabrać przynajmniej po dwie deski z każdego rodzaju. Jeżeli jedna znajdzie nowego właściciela, chciałbym mieć drugą. Są też wzory, o których już wiem, że klienci pytają częściej. Tych pakuję więcej.

Każda deska trafia do skrzynki kupionej dokładnie pod jej wymiar. Nie może się obijać podczas jazdy. Jeśli zostaje choć trochę luzu, dokładam folię bąbelkową. Wolę poświęcić kilka minut więcej niż później zobaczyć uszkodzoną deskę albo pękniętą ceramikę. Problemem są również stukające deski podczas jazdy. O zgrozo…

Pakowanie zajmuje mi około czterech godzin.

Na końcu w samochodzie jedzie ze mną prawie pół tony.

Deski.

Misy.

Stoły.

Krzesła.

Stojaki.

Kraty do ekspozycji

Banery.

Oświetlenie.

Przedłużacze.

Kleje.

Narzędzia.

I dziesiątki drobiazgów, których odwiedzający nigdy nie zobaczą, ale bez nich moje stoisko po prostu by nie powstało. Często wielu z tych rzeczy najczęściej nie potrzebuję na stoisku, lecz wolę je mieć niż być niemile zaskoczonym, że ich potrzebuję.


Tak naprawdę jednak ten wyjazd zaczął się dużo wcześniej.

Nie od pakowania a od decyzji.

W ciągu roku mogę pojechać na kilkanaście imprez. Nie więcej.

Mam prawie sześćdziesiąt lat i wiem już, że nie da się być wszędzie. Dlatego każde miejsce wybieram bardzo świadomie.

Tutaj ogromną rolę odgrywa moja żona, Kasia.

To ona wyszukuje wydarzenia, sprawdza organizatorów, terminy i podpowiada miejsca, które mogą pasować do moich prac. Potem siadamy razem i zastanawiamy się, czy warto tam pojechać.

Nie każda impreza jest dla mnie.

Nie każda ma sens.

Liczy się nie tylko koszt wyjazdu, ale również charakter wydarzenia i ludzie, którzy tam przyjdą.

Dopiero wtedy zapada decyzja.

Jedziemy.


Kilka tygodni przed wyjazdem zaczynam przygotowania.

Pokazuję nowe prace w mediach społecznościowych.

Informuję, gdzie będzie można mnie spotkać.

Przygotowuję reklamy.

Tworzę nowe wzory.

Czasami powstają magnesy i podkładki tylko na jedno konkretne wydarzenie.

Czasami nowy baner.

Czasami nowy sposób pokazania desek.

Lubię, kiedy na każdym kolejnym wyjeździe jest coś nowego.

Nie robię tego po to, żeby było efektownie, a raczej by uprościć sobie pracę bez utraty efektu wow. Lubię jak coś się zmienia na lepsze.


Jest jeszcze jedna rzecz, o której mało kto myśli.

Nocleg.

Na zdjęciach w intrenecie prawie każdy wygląda świetnie.

Rzeczywistość bywa zupełnie inna.

Za podobne pieniądze można trafić do pięknego, nowoczesnego apartamentu albo do miejsca, które najlepsze lata ma już daaawno za sobą.

Po tylu wyjazdach Kasia nauczyła się czytać między wierszami. Wie, na co zwrócić uwagę i czego szukać.

Dla mnie najważniejsze jest:

Śniadanie i wygodne wspólne łóżko.

Bo kiedy przede mną cały dzień rozmów z ludźmi, ostatnią rzeczą, o której chcę myśleć o siódmej rano, jest szukanie piekarni, albo tabletek na ból głowy.

Od pewnego czasu staramy się też zrobić coś dla siebie.

Jeżeli tylko jest taka możliwość, dzień wcześniej albo po zakończeniu wydarzenia zostajemy trochę dłużej.

Zwiedzamy.

Spacerujemy.

Poznajemy miejsca, do których pewnie nigdy byśmy nie trafili, gdyby nie ten wyjazd.

To taki mały bonus do pracy.


Kiedy samochód jest już spakowany, zamykam drzwi pracowni.

Wsiadamy.

Patrzymy na siebie.

I od zawsze mówimy to samo.

– Hej, hej, przygodo.

Bo właśnie tym są dla nas te wyjazdy.

Przygodą.

Nigdy nie wiemy, co wydarzy się za kilka godzin.

Czy dopisze pogoda.

Czy organizator dobrze przygotował wydarzenie.

Czy nowe oświetlenie sprawdzi się tak, jak sobie wyobrażałem.

Czy nowe deski zatrzymają ludzi.

Ta niewiadoma wcale mnie nie męczy.

Ona mnie napędza.


Dojeżdżamy na miejsce.

Otwieram bagażnik.

Patrzę na miejsce i na innych wystawców. Rozkład wejść.

Przez chwilę próbuję wyobrazić sobie gotowe stoisko.

Nie mam na to wiele czasu.

Za chwilę trzeba podjąć pierwsze decyzje.

Z której strony będą szli ludzie?

Czy stoisko powinno być bardziej otwarte, czy zamknięte?

Gdzie powiesić nowy baner?

Jak ustawić światło?

Każdy wyjazd jest trochę inny.

Na każdym staram się coś poprawić.

Nowy stojak.

Nowe oświetlenie.

Nowy sposób pokazania desek.

Nowy produkt.

Lubię, kiedy ktoś, kto był u mnie rok wcześniej, zatrzyma się i powie:

– O, coś nowego, tego jeszcze nie widziałem


Najczęściej wszystko kończę dosłownie na ostatnią chwilę.

Nie mam czasu usiąść i spokojnie popatrzeć na swoje stoisko.

Poprawiam obrus.

Zawieszam ostatnią cenówkę.

Wywożę puste skrzynki.

I wtedy słyszę pierwsze:

– Dzień dobry…

Za chwilę jedni przejdą obojętnie.

Inni zatrzymają się tylko na sekundę.

Ktoś obejrzy deskę i pójdzie dalej.

Ktoś wróci po godzinie.

A może znowu usłyszę zdanie, które słyszę od lat i które wciąż sprawia mi taką samą radość.

– Ale to jest ładne…

I chyba właśnie dla takich chwil znowu pakuję samochód.

Znowu jadę.

I znowu, zanim nacisnę w samochodzie przycisk start, mówię tylko jedno.– Hej, hej, przygodo.


Dodaj komentarz